|
 |
|
Nasi czarni bracia coraz więcej cierpią z powodu AIDS i coraz trudniej im pomóc. Jest to mimo powszechności tego wirusa w Kamerunie nadal temat tabu. Zarażeni nie chcą się przyznać do choroby, zgłaszają się do ośrodków zdrowia często w ostatnim stadium. Samo leczenie AIDS jest nawet w Europie bardzo drogie, cóż mówić o Afryce?
Usiłujemy założyć związek ludzi żyjących z wirusem, aby przełamać strach i ucieczkę przed zaakceptowaniem choroby oraz zatrzymać rozprzestrzenianie się jej. Trudne to przedsięwzięcie zwłaszcza, że "UNICEF" i Unia Europejska wciąż lansują "idealny środek zabezpieczenia" - prezerwatywy. Kiedy ostatnio było święto młodzieży i z tej okazji defilady maszerowały przez nasze miasteczko, bardzo smutny widok wywołała grupa młodych ludzi maszerujących z nadmuchanymi prezerwatywami
i nauczycielami wykrzykującymi hasła zachęcające do rozwiązłości seksualnej. Wierność małżeńska, czystość, normy życia moralnego są jakby kościelną abstrakcją nie dotyczącą Afryki. Czyżby syzyfowa praca misjonarzy? NIE! Jakże potrzeba tu trwać, dawać świadectwo, umacniać okruszyny dobra, gdyż czasem wśród tego ugoru zdarzają się prawdziwe kwiatki, delikatne i śliczne.
Zatem potrzeba tu być, by je ochraniać. Jezus szuka przecież jednej owieczki....
Przy naszej misji w Garoua Boulai mamy pod opieką około 40 dzieci i młodzieży, najczęściej są to sieroty i ofiary AIDS. Przychodzą do nas ze wszystkimi problemami i potrzebami. W wolnych chwilach i w soboty chcą pomagać w ogrodzie i przy misji. W niedziele mamy z nimi spotkania i katechezy. Cieszy to, że są coraz liczniejsi i bardziej zainteresowani. Stawiają także coraz więcej trudnych pytań są poważniejsi czyli jakby coś drgnęło. AIDS zbiera obfite żniwo zgonów młodych ludzi i pozostawia mnóstwo sierot, które w dużym procencie już są nosicielami tego wirusa.
Młodzi ludzie dotknięci wirusem nie mają siły do ciężkiej pracy w polu. Ich rodzice - starsi i wypracowani nie nadążają za potrzebami chorych wielodzietnych rodzin. Sytuacja robi dramatycznie trudna - wszyscy spoglądają w stronę misjonarzy jako swych wybawicieli. I chociaż wciąż trudno zaakceptować tubylcom zmianę stylu życia, jednak powoli to do nich dociera. Może za kilka lat zacznie spadać zachorowalność? Trzeba zachować NADZIEJĘ.
| |
|